Drużyny kontra gwiazdy

Autor: Bartłomiej Wójcik Dodano: 04.07.2021 13:16 / Ostatnia aktualizacja: 04.07.2021 13:16

Zdarza się, że ilość idzie w parze z jakością. Od początku mistrzostw Europy 2020 wiadomo było, że Chelsea FC będzie najliczniej reprezentowanym klubem piłkarskim na tym turnieju. Teraz, w przededniu starć półfinałowych, wiemy już, że co najmniej jeden gracz The Blues zdobędzie trofeum.

 

Ktoś mógłby rzec, że nie ma w tym nic dziwnego, wszak piłkarze niebieskiej ekipy reprezentują wybitnie uzdolnione futbolowo nacje. Jest w tym sporo prawdy, choć zaskakiwać może to, że w półfinałach są Andreas Christensen i Cesar Azpilicueta, a nie ma na tym etapie N'Golo Kante czy Kaia Havertza. Tymczasem to właśnie Niemcy i Francja wydawały się być znacznie silniejsze od Danii i Hiszpanii. No cóż, piłka nożna nie od dzisiaj lubi zaskakiwać. Z drugiej strony to na poprzednim EURO żaden z przedstawicieli The Blues nie dotarł do fazy medalowej. Podczas mistrzostw świata w Rosji nasi zawodnicy odegrali istotną rolę tylko w dwóch spośród czterech półfinałowych składów. Jest zatem spory progres.

 

Zastanawiam się czasem, czy z przebiegu tego turnieju można wysnuć jakieś przydatne wnioski. Jeden nasuwa się na pierwszym miejscu – nie pomogą nawet największe gwiazdy, gdy drużyna nie działa jako całość, ale nawet brak takowych asów można zrekompensować dobrą grą zespołową. Niby nic odkrywczego, ale jednak od czasu do czasu jakiś gigant piłkarski potknie się o tę zasadę i runie z hukiem. Dzisiaj widać to najlepiej na przykładzie reprezentacji Francji. Zespół wręcz z urzędu koronowany na mistrza Europy nie wystawił sobie najlepszego świadectwa, odpadając po meczu ze Szwajcarią. Niczego nie ujmując Helwetom, naszpikowani gwiazdami Tricolores powinni dopełnić formalności, przy prowadzeniu 3:1 w 80 minucie gry. No ale jeśli choćby połowa z ostatnich doniesień medialnych, na temat licznych nieporozumień i zgrzytów wśród Francuzów, jest prawdą, to nie ma się co dziwić takiemu rezultatowi. Podzielona i pełna niesnasek drużyna po prostu nie mogła dobrze funkcjonować.

 

Jako kibice Chelsea sami coś przecież o tym wiemy. The Blues wydawali się nie dorastać do pięt wielu rywali, których w minionym sezonie udało się pokonać. Zwycięstwo w Lidze Mistrzów też miało być marzeniem ściętej głowy. Ostateczny sukces zespołu Thomasa Tuchela to nie tyle indywidualne popisy gwiazd, co raczej niesamowita praca całego zespołu. Dobitnie widać to było w decydujących meczach, kiedy wyzwaniem było wskazanie najlepszego gracza, bo cały skład stawał na wysokości zadania. Tak jak piłkarze Chelsea harowali zespołowo, tak na obecnym turnieju czyniły to teoretycznie słabsze ekipy Danii, Szwajcarii, Ukrainy albo Czech. Fakt, że trzech drużyn z tego grona nie ma już w stawce niewielkie ma znaczenie. Każda z nich zachwyciła kontynent i może wracać do domu z podniesionym czołem.

 

I właśnie dlatego zastanawiam się, czy ściąganie Erlinga Haalanda na pewno miałoby sens. Niby nadal obracamy się w sferze spekulacji i domysłów, tyle że w każdej plotce jest ziarno prawdy, a tychże jest aż nadto. Wiele źródeł sugeruje, że Chelsea na 100% pozyska nowego napastnika. Sam Norweg ma ponoć być otwarty na przeprowadzkę do Londynu, a Borussia Dortmund rzekomo szuka jego następcy. Wyobraźmy to sobie. Przychodzi bardzo młody, ledwie 21-letni napastnik, który na dzień dobry dostaje astronomiczną tygodniówkę (może nawet najwyższą w drużynie) i jeszcze większe oczekiwania do spełnienia. Nic nie poradzę na to, że czarno to widzę, mając na uwadze nasze doświadczenia z głośnymi nazwiskami wśród napastników. Osobiście wolałbym już sezonowy eksperyment w postaci stałej gry z fałszywą "dziewiątką". Tym bardziej, że wcale nie jest to opcja skazana na porażkę.

Aby móc dodać komentarz musisz się zalogować lub zarejestrować, jeśli wciąż nie posiadasz u nas konta.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

close