Obudźmy się. To tylko piłka

Autor: Jakub Karpiński Dodano: 09.03.2020 17:05 / Ostatnia aktualizacja: 09.03.2020 18:00

Kiedy przytaczamy słowa św. Jana Pawła II „ze wszystkich rzeczy nieważnych piłka nożna jest najważniejsza”, zazwyczaj chcemy wytłumaczyć znajomym dlaczego nie wyjdziemy z nimi na kolację kiedy gra nasza drużyna, albo poprosić domowników o zrozumienie, że śmieci można wyrzucić później, jak mecz się już skończy. Dziś dożyliśmy jednak sytuacji, w której uwagę zwrócić trzeba na pierwszą, a nie drugą część cytatu polskiego papieża.

 

Widmo koronawirusa (SARS-CoV-2) chodzi za nami od początku 2020 roku. Wkrada się w czytane przez nas Tweety, w posty na Facebooku, w audycje radiowe słuchane w samochodzie. Nieuchronnie staje się intruzem codziennego small talku na korytarzach uniwersyteckich wydziałów, czy w kolejkach do ekspresów z kawą w biurowych kuchniach. Wirus z czasem stał się bohaterem memów i żartów, a to już całkiem spory wyczyn. #coronavirus nie spada z twitterowych trendów, a gdzie się nie obrócimy, słyszymy jego imię.

 

W ostatni weekend byliśmy świadkami apogeum rozprzestrzeniania się i żniwa zbieranego przez zarazę. Wielu osobom, które wcześniej wyśmiewały intruza, nazywając go „grypą w przebraniu” (włącznie ze mną, biję się w pierś), przestało być do śmiechu. W 24 godziny we Włoszech liczba zgonów wzrosła o 60 procent, a premier Giuseppe Conte potwierdził utworzenie czerwonych stref.

 

Nie mogło być inaczej – to paskudztwo dotarło również do Polski. Potwierdzono pierwsze zakażenie, a co kilka godzin przybywały następne. Teraz jest ich 11, ale zanim skończę pisać tekst, może być ich już kilka więcej. Widmo wirusa wreszcie spojrzało nam prosto w oczy i zmarszczyło brwi. „Ze mną nie ma żartów”, zdaje się nas straszyć. A więc to już nie tylko Chiny, nie tylko Włochy. To tak, jakby w naszej dzielnicy co noc kradli komuś samochód, jakbyśmy uważali, że musielibyśmy mieć strasznego pecha, żeby padło na nas, aż w końcu okradliby żyjącego z nami bardzo dobrze sąsiada, mieszkającego drzwi w drzwi.

 

Do zmiany narracji przyczynił się niewątpliwie dramatyczny post doktora Daniele Macchiniego na Facebooku, w którym lekarz z Bergamo przerywa milczenie i opisuje, jak sytuacja w Lombardii wygląda naprawdę. Nagle okazuje się, że to żadna „grypa w przebraniu”. Dowiadujemy się, że ludzie będący poddani kwarantannie łamią wytyczne i wychodzą z domów, bo zwyczajnie się duszą, a masek tlenowych w szpitalach prędzej czy później zabraknie. Widzimy przed oczami dantejskie sceny z północy Półwyspu Apenińskiego. Znika idylla, w której nawet jeśli zachorujemy, to przecież poleżymy tydzień w łóżku i nic nam nie będzie. Żyjemy dalej – podróżujemy, idziemy do pracy, wychodzimy na imprezę, umawiamy się na spotkania. I wreszcie, oglądamy mecze i narzekamy, że odbywają się bez udziału publiczności. Bo przecież gdzie jest atmosfera? Gdzie są emocje?

 

„Rozumiem potrzebę, by nie siać paniki, ale kiedy do ludzi nie dociera informacja o zagrożeniu, kiedy niektórzy nic nie robią sobie z zaleceń zaniechania spędzania czasu w dużych grupach i narzekają, że nie mogą iść na siłownię albo umówić się na turniej w piłkę nożną, wzdrygam się”, napisał doktor Macchini we wstępie ze swojej relacji. W tym samym czasie w Warszawie kibice Legii wywieszają transparent z niezwykle błyskotliwą rymowanką: „Wyjazd do Krakowa obowiązkiem kibola – niestraszny nam wirus ani nawet ebola”. Dr Macchini łapie się za głowę, a lekarze z Wuhan, którzy stracili życie ratując zakażonych w ognisku całej zarazy, przewracają się w grobach.

 

Trwa też dyskusja, co zrobić z sezonem Serie A. Jak grać bez kibiców? Pal sześć atmosferę, a wpływy z dnia meczowego? Jak to, odwołać ligę i nie grać nawet z pustymi trybunami? A kto zostanie mistrzem, kto spadnie z ligi, kto awansuje? I znowu: jak rozłożyć nagrody za osiągnięcia sportowe?

 

Nagle zamyka się mecz Paris Saint-Germain (to już nie Włochy!), a potem okazuje się że zamykane dla publiczności będą sukcesywnie także wydarzenia sportowe w innych państwach. W poniedziałek z rana Madryt odnotowuje podwojenie się liczby dotychczasowych zakażeń, a jeszcze w ten weekend kibice Atlético dopingowali piłkarzy w meczu z Sevillą na wypełnionym po brzegi stadionie Wanda Metropolitano, a w niedzielę tysiące spotkały się na manifestacji z okazji Dnia Kobiet. W stolicy Hiszpanii niechybnie nadchodzi więc kolejna fala. Kibice w Polsce wciąż nie chcą jednak słyszeć o zamknięciu trybun na mecz Lech Poznań – Legia Warszawa. Bo przecież atmosfera. Trwają dywagacje, czy kontynuowanie gry za zamkniętymi drzwiami ma jakikolwiek sens, bo przecież piłka nożna ma być przede wszystkim dla kibica.

 

Zastanawiam się, czy w tych kalkulacjach nie zgubiliśmy gdzieś po drodze człowieczeństwa. Ten tekst nie ma być żadną donkichotowską walka z kapitalizmem i próbą negacji, że ktoś na tej całej zarazie nie traci ogromnych pieniędzy. Tylko że w całym procesie zapomnieliśmy być może, że, po pierwsze piłkarze, którzy mają dla nas grać też są ludźmi i, po drugie, że nawet jeśli na stadionie nie ma kibiców, to są na nim setki innych ludzi (pracowników telewizji, obsługi stadionu, nie wspominając o sztabach szkoleniowych i zapleczu logistycznym każdego klubu), którzy są wówczas pracy i bez których całe przedsięwzięcie nie miałoby racji bytu. Dlaczego i w imię czego oni mają ryzykować?

 

Już dziś wiemy, że na koronawirusa zachorowało czterech piłkarzy klubu Serie C (trzeci poziom rozgrywkowy we Włoszech) US Pianese. W międzyczasie obserwujemy groteskę, w której piłkarze w Premier League nie podają sobie rąk przed rozpoczęciem meczu, a przez 90 minut jego trwania kryją się „każdy swego”, dotykają się, a na końcu meczu, o ironio, przybijają „piątki” i dziękują sobie za rywalizację. Włoski minister sportu Vincenzo Spadafora pyta: „Na co czekamy? Czekamy aż zachoruje zawodnik Serie A?”. Rozwińmy pytanie. Kto ma zachorować, żeby rozgonić towarzystwo i pozwolić wszystkim schronić się w domach i ograniczyć interakcję z potencjalnymi nosicielami, a także zaoszczędzić sobie podróży w najbardziej newralgiczne regiony? Czy wystarczy, żeby zachorował którykolwiek zawodnik któregokolwiek klubu ligi włoskiej? Czy może będziemy czekać aż zachoruje Cristiano Ronaldo, Romelu Lukaku albo Ciro Immobile, by podjąć jedyną sensowną decyzję?

 

Jak byłem mały, przeglądałem drukowane przez różne gazety kroniki piłkarskie, skarby kibica. Były w nich historyczne statystyki, czy tabele. Pojawiały się gwiazdki, a na dole strony przy gwiazdkach były adnotacje: „rozgrywki wstrzymane z powodu II wojny światowej”, czy „mecz odwołany z powodu konfliktu zbrojnego”. Jak długo będziemy jeszcze czekać i kto musi zachorować, kto musi umrzeć, żebyśmy w skarbach kibica które będą drukowane za kilka dekad wytłumaczyli następnym pokoleniom, że mistrza Włoch ani triumfatora Ligi Mistrzów w sezonie 2019/2020 nie było, ponieważ panowała wielka i groźna zaraza, ponieważ umierali ludzie i nie można było ryzykować niczyjego zdrowia ani życia, a także pogorszenia sytuacji i rozprzestrzenienia się pandemii?

Aby móc dodać komentarz musisz się zalogować lub zarejestrować, jeśli wciąż nie posiadasz u nas konta.

JesseCuster
komentarzy: 1
11.03.2020 20:34

W punkt! Zgadzam sie w 100%. Świetnie napisane.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

close