Defensywa świetnie działa, ofensywa bardzo by chciała

Autor: Bartłomiej Wójcik Dodano: 04.09.2021 17:31 / Ostatnia aktualizacja: 04.09.2021 17:31

Wygląda na to, że rozpoczynający się sezon może na długo zapaść w pamięć. Minęły ledwie 3 tygodnie nowych rozgrywek, ale w żyłach krąży tak wiele emocji, że aż strach pomyśleć co będzie dalej. No chyba że niebieska siła nadal będzie wzrastać w takim tempie jak obecnie.

 

I pozostaje mieć nadzieję, że nie powstrzymają jej nieprzewidziane zdarzenia, takie jak słynny już incydent z końcówki pierwszej połowy meczu z Liverpoolem. Chyba nie ulega wątpliwości, że to spotkanie mógłby mieć zupełnie inny przebieg, gdyby nie czerwona kartka, którą otrzymał Reece James. Nie chciałbym już wchodzić w zbędne dywagacje na temat zasadnościtej decyzji sędziego, wolałbym zwrócić uwagę na inne, znacznie ciekawsze zjawiska. Mecz ten dobitnie potwierdził, że o ile do gry ofensywnej Chelsea można mieć pewne zastrzeżenia, o tyle gra obronna ociera się o perfekcję. Powstrzymywać w 10 zawodników, przez 45 minut gry, ofensywne zapędy The Reds, nie dopuszczając do ani jednej "setki", to jest wyczyn najwyższych lotów. A przecież graliśmy na jednym z najtrudniejszych terenów w Anglii. Szkoda tylko, że piłkarze grający nieco bliżej bramki przeciwnika znów nie byli w stanie dorównać kolegom z obrony, bo na listę strzelców, obok Kaia Havertza, śmiało mogli wpisać się i Romelu Lukaku i Mason Mount. Właściwie każdy zawodnik z ofensywnego tercetu ma na sumieniu popisowo spartaczoną sytuację, w której wystarczyło odrobinę wcześniej dograć do kolegi, albo uderzyć nieco dokładniej, aby rozstrzygnąć sprawę w pierwszej połowie meczu. The Blues śmiało mogli prowadzić 2:0 czy 3:0, a wtedy nawet wykluczenie jednego z graczy nikomu nie byłoby straszne. Swoistą kropką nad "i" była zmarnowana okazja Mateo Kovacica. Niezbyt udany strzał chorwackiego pomocnika unaocznił, jak wiele jeszcze pracy mają do wykonania Thomas Tuchel i jego piłkarze. Jak widać sprowadzenie napastnika ze ścisłej czołówki światowej to zbyt mało, by rozwiązać problemy ze zdobywaniem bramek.

 

Tak jak emocje wzbudził poprzedni mecz ligowy i decyzje sędziego Anthony'ego Taylora, tak elektryzujące okazało się losowanie grup Ligi Mistrzów oraz przyznanie indywidualnych nagród za poprzednie zawody. Czy Jorginho słusznie został uznany piłkarzem roku UEFA? Nie wiem i szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Mnie po prostu cieszy to, że The Blues zdeklasowali konkurencję. Przecież na podium tego plebiscytu znalazł się także N'Golo Kante, który dodatkowo zgarnął statuetkę dla najlepszego pomocnika. Jeśli dodamy do tego trenerski laur Thomasa Tuchela i bramkarski Edouarda Mendy'ego, to mamy dominację Chelsea jakiej świat jeszcze nie widział. Dlatego tym bardziej dziwią mnie komentarze niektórych fanów The Blues, którzy zachowują się tak, jakby nagroda dla Jorginho była dla nich źródłem frustracji i oburzenia. Okay, możecie nie lubić reprezentanta Włoch, ale pomyślcie sobie, jak zabójczą musimy mieć kadrę, skoro taki "słabeusz" został uznany najlepszym graczem Europy. Wszakże dla Mounta, Havertza czy Pulisica zabraknie w końcu Złotych Piłek...

 

Oburzenie wymieszane ze zdziwieniem, dotyczące wręczonych statuetek, zdawały się przyćmić nawet fakt rozlosowania grup Ligi Mistrzów. A było to losowanie względnie udane dla obrońców trofeum. Grupa H, w której zameldowała się Chelsea, na pewno nie jest żadną grupą śmierci. Dzisiejszy Juventus to nie jest już ten sam włoski hegemon, co jeszcze parę lat temu. Zenitowi Petersburg czy tym bardziej Malmo do europejskiej elity sporo brakuje. Jest to zatem grupa, którą londyński zespół po prostu powinien wygrać. Oczywiście mogą nasuwać się niezbyt miłe skojarzenia z rokiem 2012, gdy grupowym rywalem ówczesnych triumfatorów Champions League również była ekipa Starej Damy. Jak się wtedy zabawa skończyła, wszyscy zapewne pamiętają. Tyle że wtedy Chelsea była w zupełnie innej kondycji. Dzisiaj stale widać progres drużyny ze Stamford Bridge. Zespół Tuchela już jest jedną z najmocniejszych ekip kontynentu, a wciąż może być lepiej.

 

Do udanego startu sezonu, udanego losowania i udanych plebiscytów, zaliczyć można także udane okienko transferowe. Przede wszystkim zrealizowano cel nadrzędny – pozyskano środkowego napastnika. Oczywiście nie czas na to, by oceniać Romelu Lukaku, ale sam fakt, że sprowadzono napastnika, który znajdował się w gronie kandydatów do wzmocnienia kadry, trzeba postrzegać w kategoriach pozytywów. Szkoda, że nie udało się wytransferować wszystkich graczy, którzy świetlanej przyszłości w zachodnim Londynie nie mają. Innym minusem są kolejne wypożyczenia zamiast transferów definitywnych. Z drugiej strony jednak warto zwrócić uwagę na sferę finansową. Wydaliśmy 120 milionów euro, zarabiając 122,35 milionów euro. Równowaga utrzymana, mało tego, wychodzimy nawet na symboliczny plus. Można żałować braku Julesa Kounde, ale znów zwrócę uwagę, że lepiej cieszyć się z pozyskania Saula Nigueza. Wypożyczenie z opcją wykupu takiego gracza za kwotę 30 – 40 milionów to kolejny majstersztyk w wykonaniu naszej pięknej pani Mariny. Może i Saul ma za sobą nienajlepszy sezon, ale nadal dysponuje sporymi umiejętnościami, a trener The Blues już nie takich graczy odbudowywał. Hiszpan zapewne wprowadzi sporo kreatywności do drugiej linii Chelsea, która momentami jest aż nadto potrzebna. Kounde? Może i jest utalentowany, ale płacenie za niego kwoty, której żądała Sevilla, byłoby chyba lekką przesadą. Wzmocnienia w obronie nie były nam potrzebne tak bardzo, jak wspomniany wyżej napastnik i osobiście cieszę się, że zarząd ostatecznie zrezygnował z młodego obrońcy. Szkoda tylko, że zrezygnowano także z Kurta Zoumy, bo jeśli ktoś liczył na to, że starszy Francuz ustąpi w kadrze miejsca młodszemu koledze, to się przeliczył. Widać udane deale z Sevillą nie są nam pisane, bo można było odnieść wrażenie w stylu Déjà vu. Być może młodsi kibice o tym nie wiedzą, a starsi niekoniecznie pamiętają, ale dawno, dawno temu, bo w 2007 roku Chelsea bardzo długo walczyła o innego obrońcę Sevilli. Targi i podchody trwały prawie całe lato, ale z transferu nic nie wyszło, a osoby kierujące obydwoma klubami za nic w świecie nie potrafiły dojść do porozumienia. Kto był owym zawodnikiem? Sam wielki Dani Alves, który rok później został piłkarzem FC Barcelony. Reszta jest historią...

Aby móc dodać komentarz musisz się zalogować lub zarejestrować, jeśli wciąż nie posiadasz u nas konta.

Lagon
komentarzy: 42
13.09.2021 11:30

Halo gdzie cotygodniowy artykuł? Czekamy na następny już 2 dni, bardzo podobają mi się te cotygodniowe artykuły więc proszę ich nie zaprzestawać!

+
3

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

close