Rzeczywistość przerosła oczekiwania

Autor: Bartłomiej Wójcik Dodano: 18.07.2021 16:13 / Ostatnia aktualizacja: 18.07.2021 16:13

Wskazanie zwycięzcy piłkarskiego plebiscytu pt. "Najbardziej zawiedzione nadzieje" byłoby nie lada wyzwaniem. Praktycznie co okienko transferowe przerabiamy podobną historię. Transfer głośnego nazwiska za ogromne pieniądze, a po paru miesiącach równie wielkie rozczarowanie. Co w przypadku odwrotnej konkurencji, tj. zawodnika, z którym nikt nie wiązał żadnych nadziei, a ten wszystkich pozytywnie zaskoczył? Tutaj zwycięzca mógłby być tylko jeden.

 

Mam na myśli oczywiście Oliviera Giroud, który właśnie pożegnał się z Chelsea. Muszę publicznie uderzyć się w piersi, ponieważ należałem do grona tych, którzy kompletnie w niego nie wierzyli. Mało tego, gdy w styczniu 2018 roku francuski napastnik pojawił się na Stamford Bridge, pomyślałem sobie: "nasza polityka transferowa właśnie sięgnęła dna". Bo jak tu inaczej postrzegać sytuację, gdy problemy z grą w ataku miały być rozwiązane przez sprowadzenie takiego piłkarza jak Giroud. Fakt, że wcześniej kopał on piłkę w Arsenalu wcale mnie nie uwierał. Martwiły raczej niezbyt imponujące liczby, wiek 30+ i dosyć spory dystans, jaki dzielił go od poziomu zawodnika z najwyższej półki. Krótko mówiąc byłem zawiedziony takim ruchem transferowym i nic sobie po reprezentancie Francji nie obiecywałem. W tamtym czasie wolałem wierzyć w przebudzenie Alvaro Moraty.

 

Jak się miało okazać, Hiszpana już dawno nie było na pokładzie, gdy Olivier Giroud stale udowadniał swoją wartość. Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, skąd on krzesał tę siłę, wolę walki i zwycięską mentalność. Nie narzekał, gdy przyszło mu rozpoczynać mecze na ławce rezerwowych i dawał z siebie 120 %, jeśli wychodził na murawę. Był wzorem niesamowitego profesjonalizmu dla młodszych kolegów i dobrym duchem drużyny, na boisku i poza nim. Na początku jego przygody w najśmielszych snach nie przewidywałem, że były zawodnik Kanonierów przyniesie nam tyle radości i pożytku.

 

Pozostał jedynie żal, że Giroud nie zdobył z Chelsea mistrzostwa Anglii. Z drugiej jednak strony, ilość i kaliber pucharów, które wywalczył w ciągu ostatnich lat, nieco rekompensują brak Premier League. Puchar Anglii, Liga Europy i wreszcie Liga Mistrzów to nie byle co. Nie można też zapominać o tym, że złoty puchar za Mistrzostwo Świata wznosił również jako zawodnik The Blues. Na zawsze zapamiętany mu zostanie wyczyn w meczu z Sevillą, gdy zdobywając aż 4 bramki ustanowił nowy rekord, choć Ollie ma na koncie także wiele innych niesamowitych meczów w niebieskiej koszulce. Pamięta ktoś jeszcze słynny comeback w starciu z Southamtpon, gdy dwie bramki atletycznego Francuza pozwoliły wyciągnąć wynik z 1:2 na 3:2? A może zwycięska bramka przeciwko Liverpoolowi w maju 2018 roku? Całkiem niezły gol, choć za najpiękniejszą bramkę uznana zostanie zapewne przewrotka w meczu z Atletico Madryt. Jakby nie patrzeć, była to ta bramka, która zapoczątkowała piękny marsz Chelsea po triumf w Lidze Mistrzów. Giroud miał nie tylko świetne mecze, potrafił utrzymywać formę na dłuższym dystansie. Tak było chociażby latem ubiegłego roku, gdy po wznowieniu rozgrywek nasz były napastnik zdobył aż 6 bramek w 9 meczach i był motorem napędowym drużyny, obok Williana i Christiana Pulisica. Niezłym popisem jego skuteczności była również zwycięska edycja Ligi Europy 2018/19. 11 ustrzelonych bramek dało mu tytuł króla strzelców turnieju i walnie przyczyniło się do końcowego triumfu.

 

Popisem Giroud był finałowy mecz z Arsenalem, gdy zanotował bramkę i asystę. To była swoista definicja tego zawodnika w barwach The Blues. Przez 90 minut gry Francuz aż kipiał energią i pracowitością. On po prostu chciał zdobyć ten puchar i robił wszystko, by to osiągnąć. Utkwiła mi w pamięci jedna akcja z końcówki tego meczu. Gdy wynik był już rozstrzygnięty, Olivier ostro zawalczył o piłkę przy linii bocznej. W efekcie wykonał coś na wzór szpagatu, a jego nogi rozjechały się w niekontrolowany sposób. Było to ryzykowne, bo takie sytuacje mogą zakończyć się kontuzją, ale on nie odpuszczał. Walczył dalej i nie odstawiał nogi, choć mecz był rozstrzygnięty. Dla mnie ta jedna sytuacja wyraziła więcej niż 1000 słów. Olivierowi Giroud po prostu zawsze zależało na grze.  

 

Byłem zniesmaczony, gdy przychodził, a teraz żegnam go z radością. Oczywiście żal mi, że już nie zagra w Chelsea, ale bardzo się cieszę, że był naszym piłkarzem. Jestem wdzięczny i życzę mu wszystkiego co najlepsze w barwach AC Milan. Tacy zawodnicy to istny skarb.

 

Odejście weterana znad Sekwany wytworzyło ciekawą sytuację. Ubył już jeden typowy napastnik, a sytuacja kolejnego, czyli Tammy'ego Abrahama nadal jest mocno niepewna. Wychowanek The Blues wrócił do treningów w Cobham, ale czy jest możliwe, by został w drużynie? Media doszukują się pewnej symboliki w serdecznym powitaniu między nim, a Thomasem Tuchelem, co skrzętnie uchwyciły kamery. Doprawdy trudno wyobrazić sobie jednak, by niemiecki szkoleniowiec miał jakiś pomysł na Abrahama, który ostatnio nawet nie załapał się do kadry na finał Ligi Mistrzów. Można się spodziewać, że na Stamford Bridge pojawi się nowy napastnik, ale kto nim będzie...?  

 

Triumf Squadra Azzurra nad reprezentacją Anglii zakończył mistrzostwa Europy Anno Domini 2021... wróć, 2020. Tradycji stało się więc zadość i mamy kolejnych dwóch mistrzów kontynentu w kadrze. Szkoda, że tym razem magia Jorginho zawiodła w konkursie rzutów karnych, ale chyba nie ma sensu narzekać. Zarówno on jak i Emerson mają za sobą udany turniej i chyba dobrze się stało, że to właśnie piłkarze z Italii sięgnęli po puchar. Osobiście jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego, by po zakończeniu meczu 3/4 zwycięskiego składu, na czele z trenerem, miało w oczach łzy szczęścia. No ale czemuż tu się dziwić, gdy taki dajmy na to Giorgio Chiellini mógł cieszyć się ze zwycięstwa w finale wielkiego turnieju dopiero za 4 podejściem i to w wieku prawie 37 lat? Niezły to był ewenement, gdy filarami obrony zwycięskiej drużyny byli gracze w tak zaawansowanym piłkarsko wieku, jak właśnie Chiellini i Leonardo Bonucci. Może to znak, że na sukces nigdy nie jest zbyt późno? Doprawdy z przyjemnością oglądało się radość włoskich piłkarzy.

 

Anglicy? Ich piłkarze również zaliczyli bardzo dobry turniej, czego jednak nie można powiedzieć o kibicach. Nie chcę być złośliwy, ale nacja, której "fani" zachowują się w taki sposób zwyczajnie nie zasługuje na tytuł mistrzowski. Gwizdy i buczenie w trakcie hymnów innych drużyn, chamskie zachowania i agresja to zjawiska poniżej krytyki. Jeśli Ci sami ludzie, którzy popierają klękanie przed meczem w ramach jakichś absurdalnych akcji nie potrafią się zachować na poziomie cywilizowanych ludzi, to chyba w wyniku meczu finałowego była jakaś sprawiedliwość.

Aby móc dodać komentarz musisz się zalogować lub zarejestrować, jeśli wciąż nie posiadasz u nas konta.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.

close